Gdy siedem piekielnych potęg, ucieleśnienia Siedmiu Grzechów Głównych, zebrało się przy Czarnym Ołtarzu, nie przywoływali dziecka. Oni złożyli nowego diabła niczym przeklętą mozaikę.
Tak powstał Jinu. Z pychy wykrojono mu kręgosłup. Z chciwości utoczono serce. Z nieczystości spleciono krew. Z zazdrości wyostrzono zmysły. Z obżarstwa nadano mu nienasycenie. Z gniewu wykuto kości. Z lenistwa podarowano mu szorstką, zaniedbaną skórę. Aż w końcu w jednym słowie pojawił się on; kolejny diabeł, kolejny nieszczęśnik, gotowy nieść nieszczęścia w tym nieludzkim łez padole.
Już od młodzieńczych lat mężczyzna był przekonany, że to nie piekło było spaczone. To powierzchnia była chora. Tu, w piekle, wszystko toczyło się swoimi prostymi prawami; silniejszy wygrywa. Na powierzchni słabsi tworzyli zasady, dzięki którym mieli szansę na przetrwanie. Diabeł skusił się raz nawet wybrać na ziemię, a żeby się przekonać do tego wszystkiego.
I tak Jinu nauczył się kochać, nienawidzić, czuć... cokolwiek innego poza wyższością.
~Diabeł, który nauczył się patrzeć~
Ludzie mieli rytuały, których piekło nie znało. Wspólne kolacje, śmiech przy stole, kłótnie kończące się cichym „przepraszam”. Jinu z zaskoczeniem we własnym umyśle obserwował jedną rodzinę, kryjąc się ciągle w cieniu. Chłopiec wierzył w potwory pod łóżkiem, a ojciec udawał, że je przegania. Jinu niemal się uśmiechał, widząc ich "zabawę". Gdyby chłopiec wiedział, jak blisko stoi prawdziwy potwór, może przestałby się bać ciemności.
Z czasem diabeł zaczął czekać na te chwile. Na zapach chleba, na to, jak matka nuciła kołysankę. Na sposób, w jaki ojciec podnosił syna wysoko, jakby chciał go nauczyć dotykać nieba. W piekle uczono Jinu, że ludzkie istoty są kruche, hałaśliwe i skłonne do grzechu. To było prawdą. Ale nie uczono go, że są też zdolni do tej dziwnej emocji, której diabeł wtedy nie umiał wyjaśnić.
Do miłości.
Aż pewnego wieczoru wszystko pękło.
Ojciec wrócił późno. W jego oczach było coś, czego Jinu znał aż za dobrze. Gniew zmieszany z desperacją. Długi, hazard, szeptane obietnice w ciemnych zaułkach. Mroczny dług, którego nie spłaca się ruenami. Tamtej nocy ojciec zawarł układ. Nie z Jinu. Z kimś gorszym. Z istotą, która nie obserwuje z ciekawości, lecz pożera bez refleksji. Ceną było życie syna. Jinu zrozumiał to jednak zbyt późno. Gdy cień obcego mu diabła wsunął się przez próg, piekielny po raz pierwszy złamał zasadę obserwatora. Zmaterializował się między łóżkiem a drzwiami. Nie robił tego dla duszy. Nie dla równowagi. Robił to dla chłopca, który wierzył, że potwory można przegonić. Starli się w ciszy, której nie słyszą ludzkie uszy; Jinu walczył zażarcie, aczkolwiek wobec starszego diabła, który miał za sobą dziesiątki zebranych dusz, młodzieniec był bezsilny.
Przegrał.
Gdy wszystko ucichło, Jinu stał w pustym pokoju. Łóżko było zimne. Okno otwarte. Ojciec płakał w salonie, nie wiedząc nawet, komu naprawdę oddał syna. Diabeł spojrzał na człowieka z ukrycia i po raz pierwszy poczuł coś, co nie było gniewem ani pogardą. To była… odmowa zrozumienia. Jak można sprzedać to, co się trzymało na rękach? Tamtej nocy Jinu przestał wierzyć, że ludzie są tylko ofiarami swoich słabości. Zobaczył, że potrafią być gorsi niż demony. A jednak, mimo to, nie przestał ich lubić, bo zapamiętał chłopca. Jego śmiech. Jego wiarę w przeganianie potworów.
I wtedy stworzył plan.
~Diabeł, który widzi~
Osiadł nieopodal wioski, w której mieszkała obserwowana przez niego wcześniej rodzina. Skoro zaczęło się tutaj, to i on zacznie tutaj. Jinu do piekła już nie wrócił. Postanowił, że skoro jest wolnym diabłem, znajdzie swoje powołanie tutaj, na ziemi. Wolność była przecież po to, żeby ją wykorzystywać. Zbudował niewielki dom z dala od drogi, tak aby nikt nie interesował się jego obecnością. W ludzkiej postaci wyglądał zwyczajnie. Miał spokojne spojrzenie, łagodny głos.
Wioska była biedna. Zdarzały się w niej choroby, nieurodzaj i nagłe zgony. Bywało też, że zrozpaczeni ojcowie zawierali pakty z demonami, nie zawsze wiedząc, jaką cenę przyjdzie zapłacić. Jinu wiedział, że prędzej czy później któryś z nowo narodzonych chłopców stanie się częścią takiej umowy.
Dlatego postanowił działać pierwszy. Nie robił tego gwałtownie. Pojawiał się we wsi jako wędrowny rzemieślnik albo handlarz, wpierw przez pierwsze dziesięciolecia zbierając księgi i z nich się ucząc różnych zdolności. Później zaś pomagał przy naprawie płotu, przynosił zioła na gorączkę. Ludzie zaczęli go kojarzyć jako cichego, pomocnego mężczyznę.
Pewnego wieczoru odwiedził dom, w którym kilka dni wcześniej urodził się chłopiec. Matka była wyczerpana, ojciec nieobecny. Jinu zaproponował, że przyniesie zioła wspomagające powrót do zdrowia i zapewniające odporność na choroby dla dziecka. Gdy wrócił, usiadł przy łóżeczku i przez chwilę po prostu patrzył na małą twarz.
Kiedy wziął chłopca na ręce, nie było w tym pośpiechu ani brutalności. Dziecko przestało płakać. Jinu owinął je kocem i wyszedł, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. I dokładnie tym schematem działał przez kolejne dziesięć lat.
W jego domu w lesie było już przygotowane miejsce. Ciepłe łóżka, czysta woda, jedzenie. Nie traktował dzieci jak więźniów. Z czasem, gdy rosły, uczył je czytać, walczyć, rozumieć świat. Mówił im prawdę o paktach, o demonach i o cenach, jakie płacą niewinni za cudze decyzje. Z czasem stał się dla nich aniołem stróżem, jak to go zwali. Zaczął od chłopców, bo wiedział, że to oni najczęściej stają się przedmiotem umów. W jego przekonaniu zabierając ich, przerywał łańcuch. Powoli z wioski znikał każdy nowo narodzony syn. Mieszkańcy szeptali o klątwie. O duchach. O boskiej karze. Jinu widział to inaczej. Tworzył własne miejsce; społeczność, która miała być wolna od konsekwencji cudzych paktów. Wychowywał chłopców tak, by rozumieli wybór i siłę. Chciał, by kiedyś stanowili fundament jego osady, wiernej jemu, ale świadomej. Był jednak w tym wszystkim element, którego sam długo nie nazywał. Aby rosnąć w siłę, zawierał z nimi pakty. Nie takie jak inne demony. Nie odbierał im dusz bez zgody. Gdy dorastali, siadał z nimi przy stole i wyjaśniał warunki. Oferował moc, ochronę i wiedzę. W zamian prosił o przysięgę lojalności i część ich przyszłej potęgi.
Podkreślał, że mogą odmówić. I rzeczywiście mogli. Kilku odeszło.
Większość jednak zostawała. Jinu powtarzał sobie, że daje im wolność wyboru, że nie jest jak ci, którzy handlują życiem dzieci bez ich świadomości. Mówił, że to uczciwy układ, lecz jednocześnie wiedział, że wychował ich w swoim cieniu. Ukształtował ich świat, nauczył patrzeć jego oczami. Ich wolność była prawdziwa, ale ograniczona przez wdzięczność i zależność. Chronił ich przed demonami.
I sam stał się tym, z którym zawierali umowy.
W jego własnych oczach było to konieczne. Musiał rosnąć w siłę, aby móc chronić ich dalej. Musiał budować własne miejsce, aby żaden inny diabeł nie sięgnął po jego ludzi. Była w tym troska i była hipokryzja, której nigdy nie przyznałby na głos.