Jej pierwsze słowa zbiły go nieco z tropu, przez chwilę pomyślał, że te uczucia faktycznie mogą być jednostronne i zaraz Shyilia postanowi to zignorować i dokończyć zadanie. Jednak kolejne słowa, które padły z jej ust stanowczo przegoniły te myśli. Uważnie wysłuchiwał każdego zdania, aby później móc na nie odpowiedzieć, bo nie mógł przecież zostawić tego bez powiedzenia jej czegokolwiek.
– Oczywiście, że tak byłoby łatwiej. Zostawić to tak, jak jest to akurat najłatwiejsza droga. Tylko… teraz już nie jestem pewien, czy chcę nią iść. Może ta trudniejsza, bardziej wymagająca droga jest tą… którą warto wybrać… Zwłaszcza, że byśmy szli nią razem – odpowiedział jej, ostrożnie dobierając słowa.
– Wmawiam sobie, że to nie jest to… że czuję się tak przez to, że upewniłem się co do naszej przyjaźni. Tyle, że w głębi duszy wiem, że jest inaczej i… tylko szukam głupich wymówek, aby móc usprawiedliwić sobie nimi takie myślenie. Tylko, że to robi się coraz trudniejsze… coraz męczące. Mówiłem sobie, że przyjaźń jest wystarczająca… że najlepiej, jeśli to tak zostanie… ale teraz już sam nie wiem. Powoli skłaniam się w stronę tego, że to była tylko kolejna wymówka – kontynuował. W dalszym ciągu brakowało mu odwagi, żeby mówić o tym wprost; nadal krążył wokół tematu, zamiast bezpośrednio przejść do rzeczy. Normalnie starał się tak nie robić, ale to w pewnym sensie nie uważał za coś normalnego. Na pewno nie normalnego dla nich.
”Kontynuuj… Kontynnuj!„ – głos matki Constantina wybrzmiewał zaangażowaniem, ale miał też w sobie nuty zachęty, a także desperacji. Tylko, że jego akurat mało to teraz obchodziło, bo musiał skupić się na czymś o wiele ważniejszym.
– Skoro oboje jesteśmy, jacy jesteśmy, to… możemy być tacy razem, a nie osobno. Pod pewnymi względami jesteśmy podobni, więc… może to ułatwić nam kroczenie tą trudniejszą ścieżką… - mówił dalej, ale nie dlatego, że prosiła i wymagała tego od niego matka. Nie. Robił to dla siebie i dla swej towarzyszki.
– Mam dziwną mieszankę emocji i uczuć w głowie… i to przez ciebie Shyilio. Już nie wiem, jak sobie z nimi poradzić, zwłaszcza gdy tak bardzo zdałem sobie świadomość z tego, że tam są… Nie mogę ich ignorować, już nie, a wmawianie sobie, że to ci innego… po prostu też już nie pomaga. Zaczynam myśleć, że najlepiej będzie w końcu przestać to robić… przestać udawać, że ich tam nie ma – dokończył. Zastanawiał się czy ma tu coś więcej do powiedzenia, ale chyba nie. Chyba powiedział jej wszystko, co się w nim zbierało, a gdy w końcu dał temu ujście, to nie próbował tamować przepływu.
– Zależy mi na tobie… Bardziej niż na kimkolwiek innym, kogo spotkałem w swoim życiu – dodał jeszcze to. Cicho, podobnie jak wcześniej odezwała się ona. Tylko, że nie wynikało to z niepewności co do tych słów, a bardziej z tego, że była to kolejna rzecz, której się bał; z jakiegoś powodu bał się wypowiadania takich rzeczy i przyznawania, że nawet on może je czuć. Z drugiej strony, jeśli przy kimś miałby się przełamać, nawet, jeśli tylko w jakimś stopniu, to Shyilia była jedyną osobą, której mógł pokazać taką stronę siebie.
– Wszystko to, co sobie dzisiaj powiedzieliśmy zostaje między nami, czyli osobami, które powinny o tym wiedzieć. Poza tym, nikt się o niczym nie dowie – zapewnił ją. W jego przypadku, co prawda, były jeszcze trzy osoby, z którymi dzielił swój umysł, ale one też przecież nie miały komu o tym rozpowiadać. Poza tym, w to wszystko i tak zaangażowana była jedynie jego matka. Pozostałej dwójki prawdopodobnie w ogóle to nie obchodziło.
”Ah, ależ się tego przyjemnie słuchało. W napięciu wysłuchiwałam tego, co sobie mówiliście„ – do głosu doszła, oczywiście, Camilla Naxam. Jedyna w swoim rodzaju.
”Tak? I co w związku z tym?„ – zapytał się jej mężczyzna.
”Nic konkretnego… Wiem, że mówiłeś szczerze i, że na swój sposób powiedziałeś jej o swoich uczuciach. W tym jesteście podobni, oboje krążyliście wokół tematu jak sępy nad martwym zwierzęciem„ – odpowiedziała mu, wręcz zaskakująco szybko. Jakby miała to już przygotowane wcześniej.
”Nie byłbym w stanie zrobić tego inaczej. Ja… nie chcę teraz o tym rozmawiać„ – odpowiedział jej spokojnie.
”A później?„ – zapytała. Constantin wręcz widział ten jej chytry uśmieszek.
”Może„ – odparł tylko. Więcej się nie odezwał. Nie była to obietnica, ale wiedział, że gdyby powiedział jej kategoryczne „nie”, to męczyłaby go, aż nie zmieniłby zdania. Dlatego taktycznie, według niego, było zostawić sprawę jako niejasną. Niech jego matka zajmie się czymś i rozmyśla o tym czy faktycznie zgodził się z nią o tym pomówić, czy może tylko ją zwodzi.
– Nie mogłem, ponieważ zlokalizować dało się je jedynie będąc wewnątrz pole działania pułapki. Później wiedziałem już gdzie są, nie musiałem ciągle ich wyczuwać – odezwał się do niej, ale bez pretensji w głosie. Gdyby to było takie łatwe, to przecież nie wszedłby w pułapkę, tylko najpierw rozbroił ją. Z drugiej strony, gdyby tak spojrzeć na to, jaki był tego skutek, to nie żałował, choć nie mógł powiedzieć jej tego wprost. I chodziło tu oczywiście o to, co stało się po tym, jak Shyilia ocaliła mu życie, a nie o samo wejście w pułapkę.
Naprawdę spodziewał się, że pójdzie dalej, zdobędzie kielich i wróci do niego, ale elfka miała inny plan. Najpierw widział, jak odchodzi, lecz gdy ponownie otworzył oczy, ona wracała i usiadła obok niego.
– Obiecałem ci przecież, że się stąd nie ruszę. Dotrzymuję raz danego słowa, poza tym, nie miałbym chęci realizować żadnego głupiego pomysłu – odezwał się do niej, nawet uśmiechnął się lekko. Nie przeszkadzało mu to, co zrobiła, może nawet wręcz przeciwnie. Złapał rzuconą przez nią gruszkę.
– Tak jest szefowo – odpowiedział jej, tym razem nie uśmiech, a uśmieszek zagościł na jego twarzy.
– Tak sobie myślę… I nie żałuję, że ci to wszystko powiedziałem, wiesz? Teraz czuję, że to jest coś, co chciałem, żebyś prędzej czy później usłyszała – odparł, wpatrując się w jakiś punkt w przestrzeni przed sobą. Mimo pewności w głosie, jakoś nie mógł odwrócić głowy w bok, żeby spojrzeć na siedzącą tuż obok, tak blisko, Shyilię.
********
– Chyba możemy iść dokończyć to, po co tu przyszliśmy. Jeszcze nie czuję się w pełni sił, ale jednocześnie mam ich wystarczająco, żeby móc chodzić – odezwał się i, jakby na potwierdzenie tych słów, wstał z pozycji siedzącej, i to bez opierania się plecami o ścianę.
– Pani pozwoli? – zapytał z cieniem uśmiechu na twarzy, a później wyciągnął w jej stronę dłoń, żeby zaoferować swą pomoc we wstaniu spod ściany. Wykorzystał, oczywiście, tą w pełni sprawną rękę, nie tą, która padła ofiarą kolców.
Następnie oboje udali się w kierunku, który wcześniej blokowała pułapka. Teraz już się tak nie działo, więc dalsza część korytarza stała przed nimi otworem. Kończył się on niewielkim pomieszczeniem, w którym na kamiennej półce stał wyglądający na zwyczajny kielich. Wykonany był ze srebra lub z czegoś, co było do niego tak bardzo podobne, że aż nie do odróżnienia dla kogoś takiego, jak on. W jego szyjce znajdowały się małe rubiny, które przypominały krwiste łzy.
– To chyba to. Nie widzę w tym miejscu niczego innego, co wyglądałoby jak kielich – odezwał się mag. Użył jeszcze magii czytania aur, aby zobaczyć, czy przedmiot ten takową posiada – te magiczne ją miały, dało się z niej wyczytać kilka rzeczy i też potwierdzić właśnie czy ma się do czynienia z przedmiotem magicznym, czy może ktoś tylko mówi, że jest on magiczny. Kielich otaczała aura świadcząca o tym, że nie jest on zwykłym naczyniem na ciecz.
– Bierzmy go i wracajmy – zaproponował.
Reszta poszła już szybko i sprawnie. Wzięli kielich i go zabezpieczyli, a później udali się w drogę powrotną. W jej trakcie byli jacyś tacy mniej rozmowni, a Constantin liczył na to, że jest tak ze względu na to, że oboje są zmęczeni, a nie, że jest to pokłosie rozmowy, którą przeprowadzili. Powrót do posiadłości Bernarda zajął im mniej więcej tyle samo czasu, co dotarcie do ruin poprzedniej. A mieli sobie z nim do pogadania, przynajmniej tak uważał Constantin, bo warto będzie wspomnieć mu o tej pułapce i nieprzyjemnościach, jakie wynikły w związku z nią – i powiedzieć mu też, że są z tego powodu „niezadowoleni”.
Na spotkanie wyszedł im ten sam syn zleceniodawcy. Niósł nawet ze sobą sakiewkę z umówioną nagrodą. Bernard pewnie myślał, że załatwi to przez syna i nie będzie musiał z nimi już więcej rozmawiać. Niedoczekanie.
– Prowadź do swojego ojca. Mamy z nim do pogadania. A jak będziesz upierał się, że tego nie zrobisz, to sprawię, że będziesz do niego podobny jeszcze bardziej – odparł Constantin bez emocji w głosie. Była to chłodna, zwyczajna groźba, którą poparł płomieniem, który nagle pojawił się nad jedną z jego dłoni.
– T-t-tak jest – odpowiedział tylko tamten. I ruszył w drogę powrotną. A oni za nim.
Znowu szli przez te same korytarze i pomieszczenia, co wcześniej, choć teraz skąpane już w półmrokach. Co ciekawe, zostali zaprowadzeni w to samo miejsce i do tego samego pomieszczenia, co poprzednio. Mogłoby to wydawać się dziwne patrząc na to, jaka była pora dnia.
– Synu, dlaczego zakłócasz mój spokój? – usłyszeli głos starszego elfa, zanim ten jeszcze się pojawił.
– Oni… Oni chcieli z tobą rozmawiać. To ta dwójka, którą wysłałeś po kielich – odpowiedział mu młodszy. W jego głosie dało się wyczuć, że zwyczajnie się ich boi. I dobrze, to oznaczało, że groźba zadziałała.
– Mówiłem, żebyś to załatwił… Nieważne. Wyjdź. Zajmę się resztą – Bernard pojawił się dopiero teraz. Jak wcześniej, tym razem też wyłonił się zza jednej z gablot, a maska zdobiła połowę jego twarzy.
– O co chodzi? – zapytał ich. Ton wskazywał na to, że jest on nieco poirytowany tym, że ktoś mu przeszkadza.
– O to, że jedno z nas prawie straciło życie w tym potencjalnie niegroźnym zleceniu zdobycia artefaktu – odezwał się Constantin. Również nieco zirytowany, jednak on miał ku temu inne powody.
– Przecież mówiłem, że możecie natknąć się na przeszkody, prawda? No, to się natknęliście – odpowiedział mu tonem identycznym do poprzedniego. Jakby chciał mieć to jak najszybciej za sobą i wrócić do tego, co robił wcześniej.
– Radzę zmienić ton. Chyba, że tak dla równowagi chcesz mieć spaloną drugą stronę twarzy, którą poszorujesz też trochę po podłodze tego pomieszczenia i, może, zniszczysz przy okazji parę gablot ze swoim drogocennym badziewiem – w głosie mężczyzny wybrzmiewała już nie tylko irytacja rozmówcą, ale też groźba i chęć oraz brak skrupułów do tego, żeby ją spełnić.
– Nie mówiłeś nic o pułapkach magicznych, a natknęliśmy się właśnie na taką – dodał jeszcze. Uważnie obserwował rozmówcę, patrzył mu prosto w oczy. Nie rzucał mu wyzwania, a bardziej groźbę. „Zrób coś niewłaściwego, mów dalej tym tonem, a zrobię to, o czym mówiłem” – to wyrażało teraz jego spojrzenie. Przynajmniej powiedział też coś, co zaskoczyło Bernarda, bo tamten widocznie nie spodziewał się czegoś takiego w starych ruinach.
– Zatem… Czego ode mnie oczekujecie? – zapytał go. Faktycznie zmienił ton głosu – teraz był on neutralny, ale przynajmniej nie sprawiał, że chciało się go uderzyć w twarz.
– Zapewne wyżej nagrody i może… nie wiem… zatrzymamy sobie ten kielich? Albo, lepiej, może sprawdzimy czy zaklęta w nim magia chroni go przed magicznym ogniem? – zaczął zastanawiać się na głos Constantin.
– Byłoby to dość… niefortunne. Zależy mi na nim – odpowiedział mu elf z połową maski na twarzy.
– A co ty o tym sądzisz? Chcesz dodać coś od siebie, powiedzieć coś naszemu zleceniodawcy? – tymi pytaniami Constantin zwrócił się do Shyilii. On już chyba powiedział, co chciał i zagroził też Bernardowi. Dał trochę upust swoim emocjom.