RenidiaJak feniks z popiołów

Renidia znajduje się na Nizinie Arkadyjskiej. Stolica jest zamieszkana przez najróżniejsze rasy. Miasto jest równowagą pomiędzy Rododendronią zamieszkaną głównie przez ludzi, a Rapsodią, której mieszkańcy to głównie czarodzieje, elfy, czy naturianie. W Rendiii schronienie znają także zwierzołaki, a nawet wampiry. Dzielnice nie są podzielone na elfie, czy ludzie. Rasy mieszkają obok siebie w zgodzie. Renidia jest chyba jedynym państwem w tej części świata, gdzie nie panują podziały rasowe.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Beatitudinem
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Rarog
Profesje: Rzemieślnik , Arystokrata , Skrytobójca
Kontakt:

Jak feniks z popiołów

Post autor: Beatitudinem »

W Renidii wstał nowy dzień tak jak zazwyczaj. Ciepły, letni i bardzo gwarny. Beatitudinem wyszła na poranne zakupy na targu po świeży chleb i owoce. Przywitała po drodze kilku znajomych, przez moment zatańczyła z dzieciakami na ulicy podrygującymi do brzdąkania miejscowego barda, po czym odwiedziła zaprzyjaźnioną handlarkę tkaninami. Oczywiście nie obyło się bez wymienienia kilku zdań.

- Moja siostrzenica to ostatnio dostała zaproszenie na bal w samym pałacu – powiedziała kobieta z dumą, jakby to ona sama miała się tam zjawić.
- Ah, to wspaniale – odrzekła pradawna z uśmiechem na dziobie. W międzyczasie spoglądała na jedwabne sukna w różnych odcieniach. Był nawet fioletowy, który szczególnie przykuł jej uwagę, zwłaszcza że barwniki używane do uzyskania tej barwy były znacznie droższe od większości podstawowych.
- Oczywiście od razu składam zamówienie na suknie. Bo kto wie, co się wydarzy, może wreszcie wpadnie w oko jakiemuś młodzieńcowi, a wiem przecież, że ty uszyjesz jej najlepszą kreację – kontynuowała sprzedawczyni, specjalnie podlizywała się rarodze, bo wiedziała o jej napiętym grafiku.
- Dobrze, niech mnie odwiedzi na początku następnego tygodnia – uśmiechnęła się Becia, w końcu nie mogła odmówić w takiej sytuacji, nawet bez tych wszystkich pochlebstw z chęcią uszyłaby suknię dla tej dziewczyny.

Po zakupach, zarówno spożywczych, jak i technicznych łabędzica wróciła do mieszkania, zjadła porządne śniadanie i przygotowała stanowisko pracy. Najpierw jednak zapragnęła skorzystać z pogody i wybrać się na konną przejażdżkę po okolicach. Zawsze pomagało jej to odnalezieniu nowych inspiracji.
Dlatego i tym razem pożyczyła ogiera od sąsiada posiadającego stadninę i ruszyła w stronę ruin Nemerii.
Uwielbiała oglądać stare budowle i wyobrażać sobie tutejsze życie przed laty. Z zachwytem podziwiała resztki architektonicznych cudów, wyobrażając sobie nawiązania do nich w swoich kreacjach. Nagle jednak usłyszała coś jakby wybuch, gdzieś całkiem blisko. Jej wierzchowiec mocno spanikował i Beatitudinem cudem z niego nie spadła.
Zapach dymu dość szybko dotarł do jej nozdrzy, co mocno zaniepokoiło kobietę. Musiała to sprawdzić. Pogalopowała na czarnym ogierze w kierunku, z którego dochodził.
W centrum zamieszania był jakiś budynek, trawił go ogień. Nie było słychać ani widać nikogo kto potrzebowałby pomocy. Łabędzica jednak musiała sprawdzić, upewnić się, czy na pewno nie może komuś pomóc. Szybko przywiązała konia do drzewa, aby nie spłoszył go trzask płomieni. Następnie pobiegła pod drzwi płonącego sierocińca. Klamka była gorąca. Becia syknęła z bólu i chwyciła ją raz jeszcze przez materiał swojej koszuli. Ze środka wydobył się czarny dym i wyczuwalny w powietrzu żar. Mimo to raroga zasłoniła dziób rękawem i weszła do środka. Raz czy dwa razy próbowała zawołać kogoś. Jednakże nie mogła wdychać zbyt wiele dymu, jeśli miała stąd wyjść o własnych siłach.
Schody na górę stały w ogniu, ale może był ktoś na dole? Nie wszędzie dało się wejść, mimo to już teraz pradawna spostrzegła ciało kobiety zastygłej w niezadowolonym grymasie, po której ciele tańcowały płomienie i sprawiały, że ów grymas stawał się jeszcze potworniejszy.
W pewnym momencie z sufitu spadła belka, wzniosła ona tumany kurzu w górę i rozproszyła dym. Łabędzica zakaszlała, ale spostrzegła nowo uformowaną drogę na piętro. Przez chwile się zawahała, rozważając, czy w ogóle warto. Jednakże poczuła w sobie dziwne uczucie, że musi tam zajrzeć.
Tak też zrobiła. Jej oczom ukazał się drastyczny widok dzieci trawionych przez ogień, już nie krzyczały. Prawdopodobnie omdlały z braku powietrza. Inne przygniótł walący się sufit. Jednakże w jednym pokoju leżała młoda dziewczyna, wprawdzie nieprzytomna, ale wciąż była szansa ją wynieść z tego domostwa. Raroga czym prędzej wzięła ją na ręce i wybiegła na zewnątrz, pokaszlując z każdym podskokiem.
Łapczywie brała wdechy czystego powietrza. Planowała jeszcze wrócić do środka, może ktoś jeszcze potrzebował pomocy? Jednakże w tym momencie dach zupełnie się zawalił, a pożarł trwał nadal.
Dlatego z bólem serca raroga wzięła jedyną uratowaną dziewczynkę na swojego wierzchowca i pognała z nią do miasta. Tutaj nie mogła jej bardziej pomóc.

W Renidii łabędzica pognała wprost do miejscowego uzdrowiciela. Weszła do jego chaty na obrzeżach, nie dbając o takie szczegóły jak pukanie czy przywitanie. Po krótce przedstawiła sytuacje, a mężczyzna, który wprawdzie miał właśnie pacjenta nie był w stanie odmówić spanikowanej kobiecie. Przy pomocy drobnej sztuczki magicznej usunął z płuc półelfki wszelkie pozostałości dymu z pożaru.

- Powinna się teraz obudzić – stwierdził i postanowił wrócić do pierwotnego pacjenta.
- Hej pisklaczku, słyszysz mnie? – Becia usiadła na łóżku, gdzie położono dziewczynę i z niecierpliwością wyczekiwała, aż ta otworzy oczy.
Awatar użytkownika
Bhaktipriya
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Pustynny Elf
Profesje: Kolekcjoner , Uczeń , Inna
Kontakt:

Post autor: Bhaktipriya »

        Ogień. Żywioł zdradziecki, żywioł, który trawił wszystko na swojej drodze. Usuwał wszystko co niechciane, niepotrzebne - stare papiery, ciała wrogich najemników czy przykre wspomnienia. Z drugiej strony jednak ogień dawał schronienie podróżującym i ciepło przy podgrzewaniu jedzenia - więc nie mógł być tak złym żywiołem.
Ogień dawał ciepło. Ogień trawił niechciane. Ogień wydawał się młodej półelfce idealną śmiercią dla niej - śmiecia z potencjałem.
Wyrzutka z pasją.
Zwykłej idiotki.
        Dziewczyna nie śniła. Priya dziękowała w swoich ostatnich chwilach, że nic nie wspominała; żadnych koszmarów, żadnych złych wspomnień, tylko ogień. Pustka, która niedługo miała strawić również i ją. Pół elfka nie walczyła z dymem, choć jej płuca wyraźnie protestowały. Ciało się broniło, kiedy umysł już całkowicie się poddał.
Tak oto Bhaktipriya miała umrzeć. Tak pachniała dla niej śmierć - wolnością ducha, trudem, bólem, wolnością, krwią innych…

        Aż nie przyszło paskudne światło i ból, którego Priya myślała, że nigdy w życiu nie zapomni. Głowa pulsowała jej tak, jakby ktoś niedawno uderzył ją obuchem. Pół elfka obudziła się nagle, choć przez dłuższą chwilę nie ruszyła niczym więcej jak oczami - ciało pozostawało nieruchome, jakby teraz ono protestowało i uznało, że nie będzie reagować. Oczy dziewczyny szeroko się otworzyły i zaczepiły się dwóch puntków niedaleko - łabędzia i dziwnego medyka. Dopiero teraz do nozdrzy nastolatki dotarł dziwny zapach ziół i mięty, potwierdzający miejsce, w którym się znalazła. Ból głowy potwierdzał jedno - żyła.
        Dziewczyna ruszyła się nagle - przez co przy zeskoku z łóżka omal nie strąciła paru fiolek na stoliku nieopodal, próbując wygrać z zawrotami głowy. Z dużego budynku w jakim mieszkała całe życie, nagle obudziła się w mniejszym pokoju chatki, co przeraziło dziewczynę dodatkowo. Oddech Priyi przyspieszył nagle. Pomieszczenie wydawało się kurczyć. Ile tu jest drzwi? Gdzie okno?, myślała spanikowana. Za mało przestrzeni na działanie. Kiedy wszystkie te fizjologiczne reakcje na fobię pół elfki utwierdziły ją w przekonaniu, że żyła, coś innego uderzyło. Tym razem psychika postanowiła dołączyć do ciała i załamać się niemal całkowicie.
        - Serio? - wymruczała ochryple. - Nawet tego nie umiem zrobić porządnie? - dodała, kompletnie ignorując pytanie dziwnej kobiety przy łóżku. Bhaktipriya nie czuła w tym ulgi. Czuła irytację. Wściekłość, która podniosła się w niej jak fala. Nawet własnego życia nie potrafiła doprowadzić do końca.
Jej rówieśnicy tropili potwory, śpiewali w karczmach, zdobywali mistrzostwa. Ona ledwo potrafiła przeczytać szyld bez sylabizowania, a teraz jeszcze to. Porażka absolutna. Spektakularna. Nawet odejść nie umiała bez czyjejś interwencji. Odwróciła głowę w stronę pustego kąta.
        Przez ułamek sekundy była pewna, że go zobaczyła. Tormeya. Cień chłopaka z dzieciństwa, który zawsze stał tam, gdzie bolało najbardziej, przypominając pół elfce o jej beznadziejności, jakby jego wzrok śmiał się z niej.
        - Nie patrz tak - mruknęła cicho, choć nikt nie patrzył. To były jej własne urojenia, które potęgowała ciasna przestrzeń.
        - Gratulacje - rzuciła, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. - Uratowaliście najbardziej bezużyteczną istotę na tej łusce Prasmoka. Dostanę rachunek czy medal? - Mówiła szybko. Zbyt szybko. Pytania wysypywały się z niej jak monety z pękniętej sakiewki; Ile to kosztuje? Kto zapłacił? Gdzie są pozostali? Kiedy może wyjść? Słowa zdawały się zlewać w jeden potok, do tego były wypowiadane niesamowicie niewyraźnie.
Skoro już żyje, to znaczy, że świat jeszcze jej nie przekreślił. A to oznaczało ryzyko. Odpowiedzialność. Możliwość, że znowu spróbuje zrobić coś dobrego i znowu skończy się to katastrofą. Priya osunęła się na ziemię w pełni, poddając się całkiem grawitacji, i przykucnęła, próbując jakby chronić narządy wewnętrzne przed całkowitym rozpadem. Miała również nadzieję, że jeśli schowa twarz w ramionach, ciasny pokój przestanie być taki… ciasny.
        - Gdzie są pozostali…?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Renidia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości